\”http://www.flickr.com/photos/chrisgold/3694520915/\” Mieszkam w Krakowie, który w godzinach szczytu jest całkowicie nieprzejezdny dla czterech kół. I zawsze żałuję, kiedy z jakiegoś powodu się złamię i jadę inaczej niż na rowerze. Żałuję stania w korkach albo na przystankach, żałuję tłuczenia się w ścisku, gorącu i często w smrodzie. I szkoda mi pieniędzy, kiedy sobie przypomnę, że cena benzyny/biletów to, comiesięcznie, cena roweru kupionego na giełdzie. Co miesiąc. Jeżdżenie na rowerze zawsze jest tańsze. I pobudza krążenie 🙂

Jeżdżę od dwudziestu lat, od czasów liceum. Takiego, swoją drogą, w którym koledzy mieli do swojej dyspozycji awionetki ojca i ferrari mamy, a w mieście nie było pół ścieżki rowerowej, bo to \”trzeci świat\” był. Do szkoły miałam pół godziny na rowerze, pod stromą górkę, a jakże. Samochodem, co prawda nie ferrari, woziłam swoje ego po tej samej trasie pięć minut. Ale marna to była satysfakcja, w porównaniu z pokonaniem tej górki siłą własnych mięśni. Jeżdżąc po Krakowie, po ścieżkach, które znienacka kończą się krawężnikiem, po takich, które były, ale nagle zanikły wraz z odnowieniem stadionu Cracovii, i po tych wszystkich miejscach, gdzie nie ma jak, bez troski o życie, jeździć po ulicy, a chodnik zupełnie się nie nadaje (bo stoją na nim samochody i nawet piesi ledwie się mieszczą), myślę sobie, że przecież trzeci świat mam u siebie w kraju, u siebie w mieście, gdzie jeszcze parę tygodni temu nie było \”rozwiązań prawnych\” dla legalnego jeżdżenia pod prąd na rowerze, po i tak częściowo zamkniętym dla samochodów starym mieście, nie mówiąc już o masie odnowionych ulic, gdzie o ścieżkach czy stojakach nie pomyślano w ogóle.

I tak sobie przypominam Kopenhagę, dla rowerzystów świat pierwszy, bez dwóch zdań, gdzie wypożyczenie roweru to dwadzieścia koron, nic, wrzucasz i jedziesz, aż oddasz na inny stojak, bez skomplikowanego systemu informatycznego i mrowia niezaleczonych lęków ludzi z magistratu, gdzie rowerzyści mają pas ruchu, pas ruchu dla siebie, ludzie!, gdzie nikt nie chce mi pokazać, spychając moje dwa koła do rowu swoimi czterema, kto tu jest Prawdziwym Polakiem, Obrońcą Krz…, tfu, komu szosa się prawdziwie i niepodzielnie należy, bo tak. I tak sobie myślę, że może i u nas…? Może kiedyś…? Że skoro jednak nie Irlandia, to może chociaż Dania? 😉 Przynajmniej pod względem stosunku do rowerzystów.

A wracając do meritum:
– obcasy i spódnica jak najbardziej! Na damce zupełnie nie wadzą. A w zimie bajka, buty zupełnie się nie niszczą tymi tonami soli, którą drogowcy hojnie poją nasze obuwie i korzenie drzew, wykańczając jedne i drugie szybko i skutecznie;
– jedno dziecko jeździ na dwóch kółkach do szkoły, towarzyszę mu na swoich, drugie wożę w siodełku do przedszkola. Wszędzie indziej, w granicach sił starszego dziecka i czasu do dyspozycji, też jeździmy na rowerach. Poza tymi granicami – samochodem;
– odpowiednio ubrana nie pocę się jeżdżąc na rowerze, a jeśli się spocę (bom i ja człowiek), to po jakimś czasie ostygam. Wodę w toaletach i dezodoranty też wymyślono dla ludzi, nawet dla rowerzystów;
– jeżdżę przez cały rok, kiedy pada deszcz wkładam coś nieprzemakalnego albo biorę parasol, kiedy jest zimno ubieram się cieplej i jeżdżę wolniej.
Zresztą co tu dużo mówić, już starożytni wiedzieli, że najdalsza nawet droga zaczyna się od pierwszego zakręcenia pedałem.

foto: CC-BY-NC (\”http://creativecommons.org/licenses/by-nc/2.0/\”) Chris Goldberg (\”http://www.flickr.com/photos/chrisgold/3694520915/\”)